artysta

Artysta (pd łac. ars dpn. artis ‚sztuka’) – osoba tworząca (wykonująca) przedmioty materialne, lub utwory niematerialne mające cechy dzieła sztuki. (Wikipedia)

Zajmuję się fotografią artystyczną i komercyjną od 10 lat z okładem i stwierdzam, że powyższa definicja jest już dawno nieaktualna. Dzisiejsi artyści, chcąc funkcjonować – mówiąc w dużym uproszczeniu „normalnie” – są niejako zmuszeni do tego, by zasób ich kompetencji był niewyobrażalnie wręcz rozbudowany. Samo tworzenie jest niewystarczające, by dziś SKUTECZNIE zaistnieć w szeroko pojętej świadomości odbiorcy.

Dzisiejszy Artysta, posiłkując się aktualnym językiem TO : twórca, dyrektor kreatywny, manager, asystent, księgowy, grafik, programista, logistyk, kierowca, strateg, marketingowiec, social media ninja, sprzedawca… I to wszystko w JEDNEJ OSOBIE. Żeby nie było – jestem daleki od uskarżania się. „Taki mamy klimat”. Przetrwają ci najsilniejsi, którzy wykażą się najlepszą zdolnością adaptacji, zupełnie jak podczas spartańskiego „agoge”.

Zanim zdecydowałem, że będę zawodowym fotografem pracowałem w dużej firmie przemysłowej. Najpierw jako „szeregowy” tłumacz (moją kluczową umiejętnością była na tamten moment biegła znajomość języka francuskiego i angielskiego), by z czasem objąć stanowisko specjalisty ds. realizacji kontraktów zagranicznych. Jakkolwiek brzmi to dumnie, warto jednak zaznaczyć, że w tamtym czasie, na „etacie” wymagano ode mnie ściśle określonych kompetencji po których wyszlifowaniu mój rozwój się zatrzymał. Zarabiałem niezłe jak na tamte czasy pieniądze za konkretne umiejętności, a wszelkie awanse wynikały po prostu z rosnącego z roku na rok doświadczenia. Nie wymagano ode mnie tej multidyscyplinarności z którą przyszło mi się zmierzyć kilka lat później.

Nie tak dawno, jeden z moich obserwujących poprosił mnie o poradę. Spotkaliśmy się więc z Tomkiem (imię zmienione) przy kawie. Szybko okazało się, że z regularnych „konsultacji” nasza rozmowa przerodziła się w coś co zdecydowanie lepiej opisuje słowo „terapia”. Słuchając jego historii, tego jak zmaga się z klientami, opóźnieniami w płatnościach, stresem i lękiem, niemożliwymi wręcz do opanowania wątpliwościami, chorą partnerką i własną, rosnącą z każdym dniem niemocą – zrozumiałem dwie rzeczy :

  • jeśli wątpisz, a świat rzuca Ci kłody pod nogi – nie jesteś absolutnie wyjątkowy, bo… każdy z nas tego doświadcza, wcześniej czy później i w różnych dawkach;
  • jak wielkie mam szczęście i jak dużo mam w sobie siły oraz wiedzy, by dotrzeć do momentu w którym mogę pomagać innym;

NADZIEJA. Nadzieja na lepsze jutro, nadzieja na lepszy związek, nadzieja na lepsze zarobki, wyższy status społeczny, większe uznanie, oszałamiającą karierę… Z każdą jednak sytuacją w której sam mierzę się z Życiem i doświadczam każdej kolejnej spotkanej osoby, która przeżywa kryzys jak choćby wspomniany Tomek, rośnie we mnie przekonanie, że nadzieja jest stanem umysłu, który z założenia nie jest TWÓRCZY. Zakłada, że SAMO się poprawi, SAMO się zrobi, SAMO się pomyśli, SAMO się osiągnie… Uparcie więc oduczam mój umysł oddawania sprawczości okolicznościom lub wyimaginowanym, bliżej nieokreślonym bytom.

Na własnej skórze przekonałem się wielokrotnie, że